Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

Z kim ja jadę? Co ja paczę?

Z kim ja jadę? Co ja paczę?

Było ich około 120. Pierwszego dnia wyprawy zapisywałem sobie w zeszycie kilka słów kluczowych odnośnie każdego mojego kierowcy. Przez następne dni notowałem sobie ich już tylko w głowie. Wszystko działo się tak szybko, że w pewnym momencie straciłem dokładną rachubę liczb i czasu.

Płynąłem autostradami i głównymi drogami, na Północ, ku przeznaczeniu i bezkresnemu oceanowi, który otula przylądek północny. Aby potem zakotwiczyć się na granicy norwesko-rosyjskiej w oczekiwaniu na wizę i wrócić do kraju Wschodem. Z kim przebyłem tę drogę?

Kierowcy zatrzymywali się, wsiadałem do ich mieszkania na kółkach, rozmawialiśmy, śmialiśmy i żegnaliśmy. Osobowości i historie jednak zapadały bardzo w pamięć…

Podróżnicy, gołębie i złodzieje

Zaczęło się wspaniale. To był dobry znak, że moim pierwszym kierowcą była blogerka i podróżniczka, która z autostopem również była za pan brat. To wróżyło dobrze. Ja opowiedziałem jej o swoich dzikich planach, a ona odwzajemniła się opowieścią o swoim pomyśle na długi wyjazd do Afryki, który miał być połączeniem misji i podróżowania. W jej aucie czułem się jak u siebie w domu. Szkoda tylko, że podwózka była taka krótka, bo tylko na Bielany Wrocławskie.

Potem sprawy potoczyły się dość szybko. Podwiózł mnie właściciel firmy budowlanej i hodowca gołębi sportowych. I właśnie ta osoba zapadła mi bardzo w pamięć Na rozmowy mieliśmy czas, bo podjechałem z nim na granicę z Niemcami. Kierowca ten nosił w swojej głowie milion ciekawych opowieści ze swojego życia, którymi dzielił się w fenomenalny sposób. Gadane to on miał… Gawędziarz wziął raz na stopa jedną osobę.

-Wiesz, to był taki wszarz. Ty to od razu widać, żeś profesjonalista, z plecakiem, przygotowany do podróży. A to był taki zwykły, przydrożny wszarz z reklamówką w ręku. No ale zdecydowałem się zatrzymać, bo mam dobre serce – wyznał z przekornym uśmieszkiem.

Okazało się, że po kursie mój rozmówca pożegnał się ze swoim telefonem komórkowym, który zabrany został mu przez wszarza niepostreżenie, leżał wcześniej sobie spokojnie przy skrzyni biegów. Pan Gawędziarz o dobrym sercu znał swój numer, więc niedługo potem wykonał telefon i proponował zapłacenie 100 czy 200 zł w zamian za oddanie. Chodziło mu tylko o kontakty z karty SIM. Wszarz szedł w zaparte – wolał sprzedać maszynę za 50 zł niż ryzykować spotkanie. Bał się, ale jak się za chwilę będziecie mogli przekonać - lepiej, żeby się wtedy na to zgodził.

Historia lubi się powtarzać

Jakiś czas później Ich drogi spotkały się ponownie. Wszarz znowu potrzebował podjechać i ukraść komuś telefon. Kierowca rozpoznał go, zatrzymał się i zaprosił do samochodu. Przez jakiś czas nie dał poznać po sobie, że kojarzy tamtego z przeszłości. W pewnym momencie jednak zaryglował drzwi i wyjawił ponurą historie wszarza z przeszłości. Tamten błagał go, aby go wypuszczono. Pan Gawędziarz postanowił jednak nauczyć reklamówkowego przestępcę zasad życiowych. „Zaproponował”, że pojadą do jego kolegów, którzy wytłumaczą mu dlaczego popełnił wtedy błąd.

Nie pamiętam już dobrze czy kazali mu kopać grób czy nastraszono go w jakiś inny sposób. Wiem jedno – dla przestępcy to było hardkorowe przeżycie, pod względem fizycznym nie został nawet draśnięty, ale zastraszony konkretnie.

Morał z tego taki, że nie warto przywłaszczać sobie czyjejś własności, nawet jeżeli należy ona do Pana Gawędziarza, hodowcy gołębi sportowych. Pana o gołębim sercu i twardym kręgosłupie moralnym. Pana, z którym podróż mi osobiście minęła bardzo miło ;]

Wiecie, że takie gołębie potrafią przelecieć w czasie wyścigu jednego dnia dystans z Holandii do Polski? Ciekawych rzeczy uczy autostop. Oj ciekawych ;]

Ciemność, widzę ciemność

Dalsza droga obfitowała również w ciekawostki. Jedną z nich było, że udało mi się złapać stopa kolejny raz w życiu po ciemku. Byłem 43 kilometry od mojego celu – miejscowości Odense, była godzina 21:50, ale ja miałem tabliczkę z nazwą duńskiego miasta, w którym kiedyś żył Andersen. Miałem też wiarę w to, że mi się jednak tego dnia uda. Parę minut później zatrzymała się młoda Dunka, która oświadczyła, że po prazy pierwszy zabiera kogoś na stopa. Mam czasem wrażenie, że mój upór i determinacja emanują czasem w taki sposób, że kierowcy robią rzeczy, których normalnie by nie zrobili. Dziękuję za pomoc!

W drodze do Szwecji z kolei podwoził mnie trener młodzieżowej reprezentacji Danii. Ten naród jest pod względem autostopa przedziwny. Padały w Danii wszelkie możliwe rekordy. Trener zatrzymał się po 2 sekundach łapania stopa, a gdy wysiadłem, na następne auto czekać musiałem mniej niż minutę.

Z trenerem mieliśmy dłuższą pogawędkę o piłce nożnej, bo utknęliśmy w korku. Jak dowiedział się kierowca z radia – korek spowodowany był tym, że na autostradę wybiegł koń.

-Witamy w Danii – skwitował kierowca. Haha!

Jezus i zmiana trasy

Po Szwecji z kolei jeździłem z polskim kierowcą, który wybawił mnie z opresji, kiedy późnym wieczorem utknąłem na stacji benzynowej niedaleko Malmö. I to kolejny przypadek z mego życia, świadczący o tym jak to warto czasem dłużej sobie porozmawiać z jakimś kierowcą, nawet wtedy kiedy widać, że nie podwiezie on nas i tak.

Rozmawiałem sobie ładnych parę minut ze szwedzkim kierowcą, który miał jechać kilka kilometrów dalej, aby odpocząć po pracy do domu. Nagle okazało się, że jego kolega z pracy jest Polakiem i zaraz będzie zaczynać zmianę

Marcin jechał akurat do Sztokholmu i zaoferował mi powiezienie. Polityka jego firmy jest taka, że jest zaraz brania ludzi na stopa. Dla rodaka postanowił zrobić wyjątek. Miło było w Skandynawii po polsku porozmawiać. Co więcej – wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale o ile Duńczycy są bardzo otwarci na stopa – Szwedzi boja się go panicznie. Miałem fart!

Polacy sobie rozmawiają

Także można powiedzieć, że kierowcę zesłał mi sam Pan Jezus :} Marcin był jego gorliwym wyznawcą, nawróconym kilka lat wcześniej. Porozmawialiśmy sobie podczas drogi na temat religijno-duchowe. Chwilami było to trudne, bo opis moich doświadczeń buddyjsko-medytacyjnych i tego, w co wierzę, nie zawsze może się spotkać ze zrozumieniem. Myślę jednak, że w pewnych sprawach znaleźliśmy co ciekawe wspólny język. Ja gdy widzę, że coś jest dobre – nie odrzucam tego, a mój rozmówca to człowiek z dobrymi intencjami, dlatego też mogliśmy się jakoś tam dogadać.

Marcin próbował mnie zrozumieć, choć czasem próbował mnie również nawracać, czego dość nie lubię, szczególnie kiedy jestem zmęczony. Po odrzuceniu przeze mnie propozycji obejrzenia o 1 w nocy filmiku o opętaniach, rozmawialiśmy dalej o życiu słuchając trochę też tego, jak Wołoszański zapisany na dysku twardym opowiada nam historię tego świata.

A historii z tego i nie z tego świata jest wiele. O kierowcach i innych rzeczach – w następnym odcinku cyklu „Bałtyk od Podszewki” :}

Filmy na YouTube powiązane z wpisem:

Z plecakiem ważę 90 kilo

Droga do Odense 1

Droga do Odense 2

Droga do Odense 3

Pod namiotem w Szwecji

Degustacja szwedzkiego piwa

comments powered by Disqus