Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

Pojechałem tam, aby sobie posiedzieć

Pojechałem tam, aby sobie posiedzieć

Wakacje marzeń to dla niektórych pobyt na Wyspach Kanaryjskich, smażenie się na plaży i popijanie drinków w hotelowym basenie. Można jednak do sprawy podejść nieco inaczej. W zeszłym roku wziąłem w pracy dwa i pół tygodnia urlopu tylko po to, aby autostopem pojechać na dziesięciodniowy kurs medytacji Vipassana do Belgii.

Dlaczego? Zainwestowałem ten czas w intensywną pracę nad sobą, a przy okazji przeżyłem wspaniałą podróż i odwiedziłem moją siostrę, która akurat mieszka w tym kraju.

Podróż w głąb siebie po raz kolejny

Na kurs Vipassany jechałem po raz drugi. Za pierwszym razem poznałem jasne i ciemne zakamarki mojego umysłu i narodziłem się na nowo. Dzięki temu doświadczeniu wprowadziłem wiele pozytywnych zmian do swojego życia. Potrzebowałem jednak po raz drugi zmierzyć się ze swoimi wewnętrznymi demonami. Miałem potrzebę poznania siebie jeszcze głębiej, a tego typu odosobnienie to bardzo pomocna i w zasadzie jedyna ku temu sposobność.

Wielu osobom może wydawać się, że medytacja to aktywność zarezerwowana tylko dla mnichów i ludzi, którzy wyrzekli się wszelkich doczesnych spraw. Nic bardziej mylnego. Poznawanie siebie i oczyszczanie z nagromadzonych przez lata napięć jest dostępne do każdego. Tu i teraz. Medytacja to również nie sielskie wakacje ani próba ucieczki od problemów tego świata.

Jeśli komuś wydaje się, że dokładne badanie zawartości swojego umysłu przez dziesięć dni z rzędu jest rzeczą łatwą i przyjemną, to muszę niestety powiedzieć, że jest w błędzie. Podczas kursu zupełnie jak w życiu bywają momenty przyjemne, ale również takie, które znamy z naszych najgorszych doświadczeń życiowych. Przyjeżdżając na kurs przywozimy ze sobą naszą głowę i to wystarczy aby mieć ze sobą problemy. Dzięki medytacji uczymy sobie z nimi radzić, co procentuje także w naszej codziennej aktywności po kursie.

Dziesięć dni w ciszy i skupieniu

Zanim opiszę szczegóły mojej podróży, tej fizycznej, jak i tej w głąb siebie, chciałbym przedstawić pokrótce na czym polega dokładnie ten kurs medytacji.

Vipassana to buddyjska technika medytacyjna polegająca na samoobserwacji. Nauczana jest na całym świecie na dziesięciodniowych kursach, podczas których trzeba przestrzegać dość rygorystycznych, ale bardzo przemyślanych i stworzonych nie bez powodu zasad. Przez dziesięć dni uczestnicy kursu na własne życzenie są odcięci od świata zewnętrznego.

Podczas zgrupowania, w którym zwykle uczestniczy około setka osób nie można używać telefonów, korzystać z internetu, zabronione jest czytanie i pisanie, a także wszelka komunikacja z innymi uczestnikami kursu. Tak, nie można ze sobą rozmawiać. Dopuszczalne, a niekiedy wręcz wskazane są rozmowy z nauczycielem i menedżerem kursu.

Wszystko to może wydawać się dość drastyczne, ale służy jak największemu skupieniu na doświadczaniu struktury własnego umysłu, które przez rozmowy, czytanie czy pisanie mogłoby zostać bardzo zakłócone.

To nie są sielskie wakacje

Medytacja wielu osobom, które nie miały bliższej styczności z nią może wydawać się tożsama z relaksacją. Mimo, że długotrwałe efekty medytacji to jak najbardziej mniejsze napięcie w ciele i umyśle i ogólny relaks, to sam proces niekoniecznie polega na samych przyjemnych doznaniach.

Podczas całego kursu doświadcza się zarówno przyjemnych, jak i nieprzyjemnych stanów, doznań, emocji. Wracają wspomnienia sprzed lat. Doświadczyć na nowo możemy wszystkiego, co wywarło w przeszłości na nas wpływ i siedzi w naszym umyśle. Podczas kursu mamy jednak sterylne warunki eksperymentalne, aby dokładnie zrozumieć punkt po punkcie przyczynę naszych traumatycznych przeżyć. I co najważniejsze pozbyć się uprzykrzających nam życie uwarunkowań – lęków, pragnień, awersji czy dręczących nasze umysły oczekiwań.

Z dnia na dzień przechodzimy przez kolejne poziomy zrozumienia. Przez pierwsze trzy i pół dnia uczymy się obserwować nasz oddech. Kolejne dni polegają na obserwacji doznań w każdym zakątku naszego ciała. Ostatniego dnia nauczana jest metta, czyli medytacja miłości, to również swoisty bufor poprzedzający kontakt ze światem zewnętrznym. Tego dnia uczestnicy mogą rozmawiać ze sobą, a plan medytacji jest luźniejszy.

Świadoma randka w ciemno

Kursy Vipassany według tradycji Goenki cieszą się na całym świecie ogromną popularnością. Niemal w każdym przypadku jest więcej chętnych niż miejsc. Z tego powodu do Belgii jechałem trochę w ciemno. Byłem zapisany na liście rezerwowych.

Dzień przed rozpoczęciem obozu wcale nie byłem pewien czy będzie tam dla mnie miejsce. Informację pozytywną otrzymałem dopiero około godziny 18, na dwie godziny przez rozpoczęciem pierwszej medytacji.

News wywołał we mnie ogromną radość. Liczyłem się jednak z innym biegiem wydarzeń. Zamiast pracy nad sobą miałem już plan dalszej podróży autostopowej. Pisane było mi jednak dziesięć dni w ciszy. A że znajdowałem się wtedy 8 km od ośrodka, szybka zmiana planów nie była problemem. Zatrzymałem się na noc u couchsurferki Geert, która dziwnym trafem również uczestniczyła kiedyś w takim kursie.

Efekty inne u każdego

Mógłbym szczegółowo opisać każdy dzień kursu, ale nie ma to większego sensu. Wszyscy w zasadzie doświadczają na nim tego samego. Jednakże u każdego doświadczenie przybiera zupełnie inne szaty. Każdy mierzy się ze swoimi problemami, gniewem, zniechęceniem, lenistwem, wspomnieniami, traumatycznymi przeżyciami, pragnieniami, awersjami i efektami odcięcia od świata zewnętrznego. Każdy w zaciszu swojego umysłu.

Mogę jednak napisać, w czym pomogło mi dwukrotne uczestnictwo w takich kursach. Po pierwszym zdecydowanie polepszyły się moje relacje z ludźmi, rodziną, znajomymi, jak i tymi nie znajomymi. Na kursie doświadczamy tego, jak wiele zależy od naszych myśli, nastawienia i interpretacji rzeczywistości. Działając na szkodę innych - szkodzimy również sobie. Zatem potrzeba ranienia innych ludzi wydaje się bezsensowna. Kurs uczy harmonijnego podejścia do świata i innych ludzi, zrozumienia, że źródłem naszego szczęścia czy nieszczęścia w dużej mierze, jeśli nie całkowicie, jesteśmy my sami, a nie świat zewnętrzny.

Dzięki tak intensywnemu doświadczeniu medytacyjnemu mniej myślę o przeszłości czy przyszłości, skupiam się na danym momencie i na jak najlepszym jego przeżyciu. Mniej denerwują mnie zachowania innych ludzi, bardziej akceptuję rzeczywistość, taką jak jest. Życie nabrało nowej jakości, nie wszystkie problemy zniknęły, ale zdobyłem wysokiej klasy narzędzie do radzenia sobie z nimi w codziennym życiu.

Z pewnością poznałem siebie jak nigdy indziej wcześniej. Bo nigdy wcześniej nie byłem dziesięć dni sam ze sobą. Warto wybrać się w taką podróż. Miejscami kamienistą, ale przynoszącą dobre owoce!

Za parę dni wybieram się w nią po raz kolejny. Dlatego też następny wpis ukaże się dopiero w drugiej połowie marca. Hej!

comments powered by Disqus