Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

O pałaszowaniu i szczęśliwym trafie

O pałaszowaniu i szczęśliwym trafie

Siedziałem sobie przy malutkim stole kuchennym, konsumując chleb z masłem i pomidorami, a  także ziemniaki ze smalcem. Po mojej lewej stronie stała kuchenka gazowa, przy której krzątała się pani domu, kończąc jajecznicę z kilku jaj. Przyrządzała ją dla mnie oczywiście.

- Dziękuję, thank you! - powiedziałem, kiedy podstawiała mi kolejny talerz na stół. Liczyłem, że któreś z tych sformułowań wyrazi to, co chciałem przekazać. I że zostanie to zrozumiane. Pomiędzy nami nie było komunikacji tradycyjnej. Ja znałem język polski, rosyjski i angielski, a oni mówili tylko po rumuńsku. Podstawową komunikacją więc był uśmiech i gesty niewerbalne. Dzięki nim zostałem zaproszony do środka. Dzięki nim moja komórka i baterie do aparatu żywiły się elektrycznością z gniazda na przedgórzu Karpat.

Jakim ja byłem szczęściarzem! Przecież parę minut wcześniej moje bagaże leżały na ławce przystanku autobusowego, który znajdował się tuż przy małym domku jednorodzinnym, ogrodzonym furtką. Długa droga wiała pustką. Co kilka minut przejeżdżał jakiś samochód, który za nic miał moje machania kończynami górnymi.

Bez języka, ale z czekoladą w ustach  

Gdy tak stałem sobie i czekałem na sprzyjający mi los, pochłaniając w ekstazie mój narkotyk, czyli czekoladę, naszły mnie pewne przemyślenia.

- Jest już późne popołudnie, co prawda jeszcze daleko do zachodu słońca, ale jednak bliżej niż dalej, więc jeśli chcę dzisiaj nocować na przedgórzu Gór Rodniańskich, to powinienem się stąd ruszyć za maksymalnie półtorej godziny. Z drugiej strony przydałoby się podładować elektronikę. Przecież ja mam zamiar spędzić w tych górach blisko tydzień – tak sobie myślałem i myślałem, kątem oka widząc, że starsi państwo, z którymi moi kierowcy zamienili przed odjazdem kilka słów, co jakiś czas zerkają na mnie. Postanowiłem zaryzykować.

A dalej poszło jak z płatka. Była elektryczność i jajecznica. Była kanapa, na której siedziałem i piłem herbatę, oglądając jakiś rumuński program rozrywkowy. Przyznam szczerze, że autostopowicza nawet takie rzeczy potrafią bardzo rozerwać. Bo przecież od trzech dni byłem w drodze. Jedną noc spędziłem w leśnym zakątku gdzieś na Ukrainie. Był wtedy finał mundialu. Chorwacja grała z Francją, a ja tańczyłem wtedy z namiotem. Potem była granica ukraińsko-rumuńska i moja pierwsza w całym 33-letnim życiu łapówka.

Morze przygód na mej drodze

- Kamil Ty normalnyj? - pytał się celnik. A ja przez 5 minut nie wiedziałem,  że on chce od mnie łapówki. Wreszcie dostał, pewnie z 5 razy mniej niż liczył, ale na całe szczęście nie miałem wiele w portfelu, bo na Ukrainie parę godzin wcześniej u pani w sklepie kupiłem ponad 300 gramów sera żółtego z przyprawami. Bylem wtedy na nią nieco zły, bo poprosiłem tylko o 200 gramów.

- Może być? - waga wskazywała ponad 350 gramów.  

- No nie wiem czy może być, bo to ponad 150 procent tego, o co prosiłem – pomyślałem wtedy. Ale chwilę później machnąłem w myślach na to ręką.

Potem tej babce dziękowałem, bo mniej kasy straciłem na tego celnika-bandytę, a i w górach ser mi smakował. I dzięki niemu z jedzeniem wyszedłem na styk!

Drugą noc spędziłem zaszyty w zaroślach tuż za granicą ukraińsko-rumuńską. Był to nieco nielegal, bo co prawda przeszedłem już kontrolę paszportową, ale było już ciemno, lał deszcz i zmuszony byłem do rozbicia namiotu po stronie rumuńskiej, 20 metrów od rzeki granicznej. Według tabliczki, tam gdzie spałem była granica i nie można było tam przebywać. Jak szeroka jest granica? Myślałem do tej pory, że jej szerokość to punkt, ewentualnie rzeka. Tamto doświadczenie zmieniło moje postrzeganie tej kwestii.

Puk, puk, tu szczęśliwy traf

Kiedy tak jednak siedziałem przy tym stole i zajadałem się tymi rumuńskimi specjałami, nagle zdarzyło się coś niespodziewanego. Poczułem, że brzuch już mam prawie pełny, bo 30 minut wcześniej wsunąłem pół tabliczki czekolady, a że jeszcze ładowałem do pieca, więc czemu tutaj się dziwić. To w żadnym stopniu nie było niesamowite. Ale Pan Rumuńskiego Domu wszedł do kuchni i zaczął coś mi komunikować. Zrozumiałem, że chodzi o to, że mam kierowców i trzeba się szybko zbierać.

Wstałem chwilę później, ale Pani posadziła mnie wzrokiem z powrotem. Więc wróciłem do pałaszowania i w pośpiechu zjadłem jeszcze kilka kęsów żarełka i myśląc - „teraz wstanę albo już mi się nie uda z przejedzenia” - wstałem ponownie i wyszedłem na ganek. Tam moim oczom ukazał się para, która podwiozła mnie tutaj. Uśmiechnąłem się szeroko.

- Wiesz, masz niebywałe szczęście! Bo ojciec miał do nas przyjechać, ale nie dał rady dotrzeć na czas i my musimy teraz pojechać w stronę Bukaresztu. A tu po twojej drodze, więc pomyśleliśmy, ze mógłbyś się zabrać z nami.

- Taaaak!

comments powered by Disqus