Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

Kociokwik po powrocie

Kociokwik po powrocie

Jest coś dziwnego w zakończeniach. Otwierają nas na nowe doświadczenia, stawiają przed nowymi wyzwaniami, sygnalizują, że zaczyna się dla nas niejako nowe życie, o które będziemy musieli zawalczyć. Wtedy wiemy, że nie jest aż tak ważne to, co było w przeszłości. Ważne jest, że przeszłość się kończy i coś nowego wita nas, trzymając w rękach chleb i sól. I śmiejąc się bezczelnie z naszych obaw i niepewności.

Co się stanie?

Myślałem o tym jak to będzie, gdy po 5 miesiącach wyląduję ponownie w swoim mieszkaniu. I po prostu zastanawiałem się jak się w tym wszystkim na nowo odnajdę ;] Jednym z celów mojej wyprawy było wyrwanie korzeni, które zapuszczałem przez całe życie w jednym miejscu, nie wyjeżdżając nigdy na dłużej niż 2 tygodnie… Dokonałem tego rwania zębów, tej chirurgicznej operacji na sobie, nie biorąc żadnej narkozy. O przepraszam, czasem moim znieczulaczem była czekolada, od której na wyjeździe nieco się uzależniłem :P

Przyznać muszę, że po około miesiącu w drodze było mi bardzo dziwnie, zadowolony byłem z wolności, którą sobie wyprawowałem, niezależności, ale czasem żal mnie ściskał w środku, z samotności, oddalenia od mojego rodzinnego miasta i wszystkiego, co mi bliskie. Ciężkich chwil było z czasem jednak coraz mniej, na odludnych północnych krańcach Norwegii czułem się wolny jak ptak, nie tęskniąc na niczym, doświadczając stanu bezgranicznego szczęścia.

Jednak im bliżej domu byłem, tym bardziej tęsknota się nasilała. Ostatnie 10 dni podróży to było już odliczanie, mimo ciekawych miejsc, kilka razy dziennie myślałem wtedy – jak to będzie jak będę leżał sobie w swoim łóżku, a u mego boku spać będzie moja dziewczyna.

Na powrót byłem bardzo napalony, ale bałem się jednocześnie, nie wiadomo czego... Bałem się powrotu do tego, co było mi znane, ale stało się mniej realne od tego, czego doświadczałem przez ostatnie miesiące.

Koniec i początek

Wszystko potoczyło się po powrocie szybko. Wejście do mieszkania nie było wcale takie dziwne. Być może czułbym się jakoś obco, ale towarzyszył mi mój kierowca, którego zaprosiłem na herbatę i pogawędkę. W domu czułem się jak u siebie. Brak było tego dziwnego uczucia, które znałem z przeszłości – zdziwienia na widok niewidzianego przez tydzień czy dwa mieszkania. Tym razem wszystko było dla mnie normalne. A fakt, że tak było wydał mi się… bardzo dziwny. Haha!

Przez następne dni odczuwałem pewnego rodzaju zmęczenie. Myślałem, że moje ciało, będąc świadome tego, ze wreszcie jestem w domu, daje sobie odpocząć i tak na mnie wpływa. Gdy jednak to uczucie mnie nie puszczało przez ładnych parę dni, uświadomiłem sobie, ze wcale nie chodzi o żadne zmęczenie. Po prostu nie mogłem się przyzwyczaić do braku adrenaliny związanej z podróżą! To niesamowite, brakowało mi przemieszczania się i nowych bodźców. Brakowało mi podróżniczego narkotyku!

A więc zaaplikowałem sobie nowa dawkę. Bez podróżowania autostopem wytrzymałem aż 3 dni :P Kiedy wróciliśmy z dziewczyną z Poznania od razu napłynęły mi do głowy kolejne podróżnicze marzenia. Kusiły tanie bilety do Budapesztu, kusił Berlin, Kraków czy Szczecin, do którego mój kolega się niedawno przeprowadził. A była przecież dobra pogoda. Więc czemu nie jechać?

Siedź Pan na dupie

Ale wiadomo nie o pogodę tu właściwie chodziło. Odzwyczaiłem się od przebywania w jednym miejscu, Nosiło mną i dalej nieco nosi. Planuję sobie przyszłe podróże ;] Ale wiem jednocześnie, że dobrze jest okiełznać ten kociokwik i zrozumieć, że czas w tej chwili posiedzieć nieco na dupie. Najeździłem się po wsze czasy. Teraz czas na normalne życie dla kontrastu, przez jakiś czas ;]

Muszę spisać, co mam do spisania, nadrobić zaległości na miejscu i być turystą we własnym mieście ;] A przede wszystkim posiedzieć na dupie w spokoju, bez podróżniczych narkotyków płynących w żyłach. Detox! ;]

comments powered by Disqus