Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

Gwoli dziennikarskiej rzetelności

Gwoli dziennikarskiej rzetelności

Zdarza się, że lubię swoje życie przeżywać we wersji nieco ulepszonej. Czasem nie wystarcza mi solidna podstawa. Czasem chcę czegoś więcej. Jeśli mam możliwość, aby połączyć dwie rzeczy w jedną spójną i logiczną całość, to to po prostu robię.

Gdy na drodze mojej wyprawy jest miejsce, gdzie akurat mieszka znajomy czy znajoma, staram się tam z tą osobą spotkać. Lubię wykrzesać coś ciekawego, niecodziennego z i tak już miłej formy spędzania czasu.

Właśnie tak było podczas mojej wizyty w Szwajcarii. Gdy tak krążyłem wokół Jeziora Genewskiego, nagle do głowy wpadła mi genialna myśl.

DSC04938

Parę lat później

-Zaraz, zaraz, przecież za chwilę będę w Lozannie! Czy to nie tam miał podobno mieścić się ten słynny Dalat? - pytałem sam siebie, siedząc na siedzeniu obok mojego kierowcy.

Do głowy spłynęło mi morze obrazów, które po chwili utworzyły miły dla ducha pejzaż, na którym widać było nowe możliwości, tak śmieszne, tak zabawne, ale było to wszystko do wykonania. Trzeba było tylko się na to zdecydować!

-Wiesz – mówiłem do kierowcy – Parę lat temu pracowałem przez dłuższy czas jako dziennikarz dla największego dziennika regionalnego w Polsce. Na samym początku tej przygody moim zadaniem było wynajdywanie i opisywanie nowych miejsc w mieście – barów, restauracji czy czymś wyróżniających się kawiarenek, czegoś co byłoby ciekawe dla czytelników, co powstało niedawno - snułem opowieść, a kierowca kiwał głową i z zaciekawieniem dopytywał o szczegóły.

-No i kiedyś opisałem restaurację wietnamską o nazwie Dalat II. Według menedżera lokalu miała to być kopia słynnej restauracji z Lozanny.

DSC04939

Słynna ili niet?

Moja przełożona bardzo śmiała się wtedy z tego określenia „słynna”. Mówiła coś o młodzieńczej naiwności i pytała czy sprawdziłem to, czy rzeczywiście jest to tak bardzo sławne miejsce.

-To ciężko mi było ocenić nie będąc tam osobiście, ale sprawdziłem w internecie, ze rzeczywiście taka restauracja w Lozannie istnieje.

Tekst powstał, nie było w nim mowy o słynnej restauracji, natomiast Lozanna zakorzeniła się w moim umyśle na dobre i tak w zeszłym roku postanowiłem dopełnić formalności. Po kilku latach chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście to taki wielki tam Dalat jest czy to po prostu jakaś lipa, prawda czy zwykła mało znana kamieni kupa.

DSC04940

W drodze po prawdę

Po dojechaniu do miasta, pstryknąłem kilka fotek, otarłem pot z czoła i poszedłem w stronę katedry. Po jej dość szybkim zwiedzeniu, przycupnąłem sobie grzecznie na ławeczce, obserwując panoramę miasta w ten słoneczny i piękny dzień.

GPS w telefonie pokazywał, ze od Dalata oddalony byłem wtedy nieco ponad kilometr. Przyznam, że nieco się bałem spotkania z prawdą, ale adrenalina dodawała mi sił. Byłem bardzo podekscytowany tą sprawą!
Droga nie szła mi jakoś wybitnie dobrze, bo było pod górkę, plecak ciążył, dech zapierało w piersi, GPS przerywał, a ja błądziłem i miałem nadzieję, ze już tuż za rogiem czai się ta tajemnica.

Wreszcie, gdy byłem już bardzo blisko wskazanego miejsca, zobaczyłem, że okolica wcale nie jest jakaś fenomenalna i nie zanosi się na jakieś wybitnie słynne miejsce. Co więcej, na murku niedaleko leżał wyglądający na skacowanego młody człowiek.

DSC04953

Uchylam furtkę i patrzę

-Tak, jasne, też mi słynny Dalat... Przecież to jest jakiś żart – tak skwitowałem w swojej głowie pierwsze spotkanie z miejscem podpisanym jako Café Dalat. Metalowa furtka, trzy parasole reklamujące piwo, plastikowe stoliczki – to zobaczyłem wokół chatki o zdecydowanie wietnamskiej stylizacji, z charakterystycznymi malunkami i groźnymi złocistymi lwami przy wejściu. Trzeba przyznać, że w pozytywne zawroty głowy to miejsce nie wprawiało.

Uchyliłem jednak furtkę, przeszedłem parę kroków i pocałowałem klamkę do wietnamskiej chatki. Z lekkim rozżaleniem przyjąłem to do wiadomości. Jak przystało na dziennikarza, postanowiłem jednak temat jeszcze podrążyć. Zauważyłem, że po drugiej stronie ulicy znajdowała się myjnia samochodowa...

U pracownika ustaliłem, że to jest właśnie ten Dalat i nie ma innego w Lozannie. A aktualnie jest zamknięty, bo w środku dnia jest dwugodzinna przerwa w działalności restauracji. Jak widać miałem pecha, bo godzinę później miałem być kilkanaście kilometrów stąd, aby spotkać się z moim hostem z CouchSurfingu. Nie mogłem więc raczej tu czekać. Ale przecież to była taka okazja...

DSC04950

Cud nad cudami

Kręciłem się przez dłuższą chwilę w miejscu, nie wiedząc co robić. Miotały mną sprzeczne siły, które doprowadzały mnie po prostu do szału.

-Ach, no trudno, trzeba będzie sobie podarować to ulepszenie podróży – tak sobie wtedy pomyślałem i już miałem schodzić w dół, aby łapać kolejne auto, gdy nagle zauważyłem, że kilkanaście metrów dalej z samochodu wysiadają dwie kobiety o azjatyckiej urodzie. A przecież do ponownego otwarcia restauracji było jeszcze sporo czasu. Nie byłem więc pewien, czy to one akurat są z Dalata. Ale gdy jedna z nich zbliżyła się do furtki, byłem cały w skowronkach.

Po zamienieniu z nią kilku słów wiedziałem, że będą problemy komunikacyjne. Coś jednak mówiło mi, że się mimo wszystko dogadamy. Nie mówiła po angielsku ano po polsku, ale gdy ja mówiłem w moim ojczystym, albo typ drugim – widać było, że rozumie o co mi chodzi. Jej oczy się zaświeciły, gdy usłyszała magiczne słowo Wrocław.

DSC04965

W środku wielkiej tajemnicy

Zostałem zaproszony do wnętrza lokalu. Od razu zrobiło się magicznie, bo przekroczeniu progu poczułem się jakbym znalazł się w Azji. Środek wyglądał rzeczywiście jak rodem ze słynnej restauracji. Moje podejrzenia o to, że to były zbytnie przechwałki i ściema, powoli zaczęły się rozpuszczać we mgle. Aby nie było niedomówień, pokazałem właścicielce swój dowód osobisty i wskazując palcem na pole z nazwą mojego miasta śmiałem się i patrzyłem na jej reakcję.

-Byłem tam parę lat temu jako dziennikarz, na ulicy Grabiszyńskiej – mówiłem, a ona pokiwała głową. Na chwilę gdzieś poszła. Wróciła parę sekund później niosąc zeszyt formatu A4. Były w nim zapisane polskim językiem rezerwacje stolików w polskiej wersji Dalata. Widać, że się zrozumieliśmy.

Finezyjności tej sytuacji dodawał artykuł ze szwajcarskiej gazety oprawiony w ramkę, który zauważyłem tuż przy wejściu. - A więc ta dziennikarka mniej więcej w tym samym czasie zrobiła to samo, co ja we Wrocławiu. Zabawne, to jak w lustrzanym odbiciu – pomyślałem sobie naprędce.

DSC04966

Rzetelność ma słodki smak

Chwilę potem zostałem poczęstowany pysznymi sajgonkami i zieloną herbatą. Razem z właścicielką w głowach mieliśmy wspólną rzeczywistość, która się zestroiła w tamtym miejscu i czasie. Wydawało się zatem, że nie potrzeba nam wspólnego języka, aby się porozumieć.

Pani wykonała telefon do swojego męża we Wrocławiu, Francuza, nie Wietnamczyka, jak wcześniej myślałem, z którym chwilkę porozmawiałem. Okazuje się, że przez ponad 5 lat małżeństwo widywało się mniej więcej raz w miesiącu, żyjąc oddalone o blisko ponad 1000 kilometrów od siebie, prowadząc bliźniacze restauracje, na szwajcarskim i polskim gruncie. Byłem takim modelem biznesowo-rodzinnym szczerze zdumiony.

Na odchodnym Wienamka powiedziała mi, żebym odwiedził ponownie tego drugiego Dalata, gdy będę we Wrocławiu. Przyznam się, że od listopada zeszłego roku nie mam już takiej możliwości..., Bo lokal wrocławski przestał istnieć... Być może moja wizyta w Szwajcarii dopełniła tego eksperymentu i koło się zatoczyło. I coś się skończyło,a małżeństwo chciało być ze sobą cały czas razem ;}

To była przemiła wizyta, życzę właścicielom Dalatów wszystkiego najlepszego! A w Szwajcarii na pewno jeszcze Dalata kiedyś odwiedzę, do czego i Was namawiam ;}

https://www.youtube.com/watch?v=EOctpZMg_5E

comments powered by Disqus