Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

Wróżbita Kamil na krańcu Europy

Wróżbita Kamil na krańcu Europy

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Mam pewną przypadłość, której nie sposób wytłumaczyć naukowo. Chodzi o to, że czasem jestem w stanie przewidzieć przyszłość…

Stałem sobie wtedy akurat przy drodze w miejscowości Honningsvåg. Znajdowałem się bardzo blisko samego krańca Europy, jakieś 50 km od Przylądka Północnego. Posilony lodami, które w pobliskim hipermarkecie kupiłem po cenach promocyjnych i masą marcepanową, pochłanianą przeze mnie tego dnia nad wyraz namiętnie, czekałem na to co przyniesie los.

Słońce raziło mnie w oczy, ubrałem więc ciemne okulary i wypatrywałem nadjeżdżających z dalekich krain samochodów. Przejechało ich kilkanaście, ale żaden się nie zatrzymał. Wtedy w oddali zobaczyłem tęczę na tylnej szybie samochodu, który oddalony był ode mnie o jakieś 150 metrów. Czy to możliwe, aby światło słoneczne rozpraszało się w tak piękny sposób na moją cześć?

Achtung, halten Sie bitte!

-Ten samochód się zatrzyma – pomyślałem.

Minęło kilkanaście sekund i faktycznie tak się stało. Nie byłoby w tym może nic wyjątkowego, ale podczas tej podróży miałem tego rodzaju przeczucie chyba z 6 razy. A trzykrotnie auto się zatrzymywało :} Fifty-fifty. Dość dobra skuteczność, nieprawdaż?

Na Nordkapp pojechałem więc z dwoma Niemcami, którzy podróżowali sobie też w to samo miejsce. A wyruszyli z Hamburga, pierwszego przystanku na mojej trasie w podróży życia. Przypadek? Nie sądzę!

Gdy już byliśmy na miejscu i wspólnie spożywaliśmy potrawy misternie przygotowane na grillu, naszą uwagę przykuł wielki statek zmierzający w stronę przylądka.

-Myślę, że ten statek płynie również prosto z Hamburga – powiedział Ben.

-Śledzą nas – skwitowałem, parskając przy tym soczystym śmiechem.

Miło było tak daleko od domu zwiedzać Nordkapp razem z innymi osobami, które również przebyły długa drogę do tego miejsca. Mogliśmy podzielić się wrażeniami z trasy prowadzącej na ten skrawek Europy. Rozmowa była orzeźwiająca, podobnie jak zapiekany chleb z serem żółtym, papryczkami i mozzarellą. Dzięki bardzo kapryśnej pogodzie mieliśmy tego dnia szczęście zobaczyć ogromną tęczę na tle przestronnego oceanu. Było to wspaniałe, podobnie jak widok stada reniferów z bliska.

Na Południe, tam musi być cywilizacja

Nordkapp zwiedziłem bardzo udanie razem z moim niemieckimi przyjaciółmi. Następnego dnia spakowałem manatki i we mgle, która ograniczała widoczność do 3 metrów, złapałem podwózkę na punkt startowy do Knivskjellodden, prawdziwy najbardziej wysunięty punkt Europy. Trudną trasę 9 km przebyłem samotnie, spotykając na szlaku 8 młodych Polaków, z którymi dane widzieć mi się było przypadkiem ponownie dnia następnego. Ale o tym za chwilę :}

Po zdobyciu krańca Europy zległem w swoim obozowisku i dnia następnego rozpocząłem ewakuację w kierunku południowym. Do Honningsvåg podrzucili mnie lokalni zdobywcy Knivskjellodden, którzy tę trudna trasę pokonują kilka razy do roku. Dla nich kraniec Europy to coś jak dla mnie oddalona od Wrocławia o 50 km góra Ślęża. Zabawne :}

Następnie podrzuciły mnie dwie młode rodowite Szwajcarki, które ku mojemu zdziwieniu rozmawiały w swoim ojczystym języku – francuskim. Podobnie jest w Finlandii, dla kilku procent Finów rodzimym językiem jest język szwedzki.

Ja nie łapię na stopa motocykli

Wysiadłem z auta na totalnym pustkowiu, które w żaden sposób nie było osłonięte od wiatru. Ubrałem się więc we wszystko, co miałem i… nadal mi było zimno. Postanowiłem więc pożonglować sobie dla rozgrzania ciała i sprawdzenia reakcji kierowców. A trzeba wiedzieć, że samochód jeździł tam raz na 10 minut…

Za jedną propozycję podziękowałem, bo staruszkowie jechali tylko parę kilometrów dalej. Widząc, że utknąłem na dobre obserwowałem sobie przyrodę i czekałem na to, co przyniesie los.

Minęły mnie dwa motocykle. Nigdy w życiu nie prosiłem o podwózkę na jednośladzie. Myślałem, że z moim 25-kilowym plecakiem taki transport nie jest możliwy. Także tym razem również opuściłem bezwładnie rękę, żeby zwisała swobodnie wzdłuż mojego tułowia. I nie sygnalizowałem prośby.

Oni się jednak zatrzymali, jakieś 50 metrów ode mnie. Słyszałem ich krótką rozmowę. Nagle zauważyłem, że zawracają.

-No chyba nie do mnie – pomyślałem ze zdziwieniem. Jednak do mnie :}

-Podwieziemy Cię 50 kilometrów dalej, to nie jest miejsce dobre na łapanie stopa – przemówił jeden z motocyklistów.

Jak się okazało później, że byli to Litwini, którzy nigdy wcześniej nie brali na stopa żadnej osoby. Trasę na motocyklu wspominam bardzo dobrze, choć przyznać muszę, że z plecakiem na motorze było mi nieco niewygodnie. Motocyklista zbyt szybko wystartował, a ja bałem się nieco kokosić podczas jazdy. Anyway - cudowne przeżycie! To było coś o czym skrycie marzyłem od dawna!

Polacy? Czemu nie?

Jak widać marzenia spełniają się w nieoczekiwanym momencie. I w tym jest siła! Z motocykla zszedłem niedaleko stacji benzynowej. Pogadałem z moim wybawicielami, podziękowałem i poszedłem zbadać sytuację na stacji.

Ku mojemu zdziwieniu zaparkowane były na niej dwa polskie samochody. Jeden, to polski bus marki Lublin, którym podróżowało wokół Bałtyku ośmioro podróżniczych zapaleńców, podążających praktycznie tę samą trasą, co ja, ale o wiele szybciej, bo w około 2 tygodnie :} Na stacji umówili się ze znajomymi Polakami, którzy Bałtyk okrążali w odwrotnym kierunku. Trzy polskie ekipy z podobnym celem w jednym miejscu. No fenomen totalny! :}

Okazało się, że „Lublinianie”, a w rzeczywistości głownie Krakusy, podążają w stronę Finlandii. Podrzucili mnie więc 100 km do Karasjoka, skąd mogłem kontynuować swoją podróż i realizację szalonego planu wyrobienia wizy do Rosji na północy Norwegii.

Jadąc z nimi czułem się świetnie. Wiedziałem, że szczęście mi sprzyja. Rozmawiając o podróżach i życiu, popijając polską nalewkę domowej roboty, dojechaliśmy po północy na miejsce.

Ekipa Lublina uratowała mi życie ofiarowując mi nieco chleba, szprotek w oleju i dżemu brzoskwiniowego. Wszak następnego dnia była niedziela, więc miałbym problem z zaopatrzeniem się, ale od czego jest polska gościnność. Na gościńcu norweskim oczywiście…

Halucynacje na rowerze

Po spędzonej nocy i popołudniu w stolicy Lapończyków miałem plan dojechania do Vadsø, gdzie oczekiwał na mnie mój host, pochodzący z… Pakistanu :}

Kiedy chciałem podejść sobie kawałek dalej, uznawszy, że zbyt długo stoję w jednym miejscu, i musi być ono chyba złe na łapanie stopa, zatrzymało się auto, które widziałem parę minut temu. Norweg zastanawiał się czy mnie wziąć, bo miałem karteczkę z miejscowością do której jechał. Myślał, myślał i postanowił zawrócić i dać mi szansę ;}

Okazało się, że to pracownik więzienia z Vadsø. A wracał z trasy hardkorowego wyścigu kolarskiego o nazwie Offroad Finnmark, w którym dwóch jego znajomych brało udział, a on przygotowywał dla nich jedzenie. Napisałem, że jest to hardkorowy wyścig, bo … jest. Z opowieści mojego kierowcy wynikało, że do wyboru jest jego kilka wersji. Najbardziej ekstremalna to 700 km trasy, którą pokonuje się dwuosobowych teamach. Czasu na sen jest bardzo mało. Wielu zawodników po paru dniach doznaje na trasie halucynacji, głownie z powodu braku snu i zmęczenia.

Nieźle się bawią na tej Północy!

Filmy na YouTube powiązane z wpisem:

Kruk na Nordkappie

Na krańcu świata

Renifery z dalekiej Północy

Żonglowanie na drodze E6 w Norwegii

comments powered by Disqus