Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

W pogoni za (nie)efektywnością

W pogoni za (nie)efektywnością

Mam czasem wrażenie, że jestem dziwakiem. Bo przecież kto normalny decyduje się, aby po raz kolejny przeczytać tę samą, ponad 600-stronicową książkę? I to w sytuacji, kiedy wcale nie jest mu potrzebna do tego, aby zarobić na chleb. Po prostu ma takie widzimisię.

Kiedyś mu się książka spodobała, więc poświęcił na jej przeczytanie dwadzieścia czy dwadzieścia pięć godzin. Teraz chce zrobić to ponownie. I nie stosuje na dodatek żadnych technik polepszających szybkość czytania. No może poza tym, ze dużo czyta. Woli czytać takim tempem, jakie mu w duszy gra.

Ale kiedy on ma na to czas? Przecież w dzisiejszych czasach nikt go nie ma. To nie jest normalne, żeby tak trwonić cenne zasoby…

Czytanie jako ekstrawagancja

Słyszałem opinię o tym, że kiedyś ludzie potrzebowali czytać książki, po to by móc się rozwijać i w jakiś sposób podwyższać swoje zdolności intelektualne. Te czasy te jednak już podobno dawno minęły. Teraz, kiedy na co dzień kąpiemy się w tak dużym natłoku informacyjnym, większość osób ma codziennie kontakt z wieloma krótkimi informacjami. Dostępne są one na każdym kroku. Czytanie jawi się teraz więc jako ekstrawagancja. Jest to nikomu nie potrzebna sztuka marnowania czasu. Czy aby na pewno?

Oczywiście możliwe są sytuacje, kiedy ktoś czyta książki branżowe, związane z profesją, którą wykonuje. Wtedy, prócz tego, że przeczytanie takiej książki wiąże się z zyskaniem na prestiżu w jego środowisku, zyskuje również cenną wiedzę i umiejętności. Pytanie czy nie zyskałby tych „rzeczy”, gdyby przeczytał tylko kilka artykułów, a resztę czasu poświęcił na praktykę?

Ktoś taki jak ja, zajmujący się pisaniem, czytać może po to, aby podpatrywać tajniki rzemiosła u innych pisarzy. Ale żeby czytać po raz kolejny kilkusetstronicową pozycję? Pewnie z punktu widzenia efektywności czasowo-produktywnej są lepsze ku temu metody, aby się polepszyć w pisaniu. Według mnie to tylko pozory. A może w metodach niepopularnych jest siła?

Zróbmy coś tak bardzo na przekór

Irytuje mnie, że w dzisiejszych czasach wszystko musi być nacechowane myśleniem o jak największej efektywności, o zrobieniu kariery w krótkim czasie, byciu sławnym w 5 minut. Wszystko, co nowe jest w tym świecie pożądane. Wszystko, co zabiera mało czasu jest tak bardzo chętnie umysłami mas obmacywane.

A jeśli przyjrzymy się biografiom ludzi, którzy odnieśli sukces, to nie zawsze okazuje się, że nastawieni byli oni na karierę typu szast-prast. Zrozumienie przychodzi często z dala od zgiełku i popularnych recept na życie. I złudnej filozofii ciągłego wzrostu.

Postuluję, żeby wiele rzeczy robić na przekór. Prawdziwa innowacja i kreatywność pochodzi według mnie z oglądania starych filmów, czytania pożółkłych gazet, chodzenia bez celu po mieście czy czytania po raz kolejny tej samej książki swojego ulubionego autora.

Zachłyśnięcie nowinkami i progresem

Nie jest trudno zauważyć, że mój wpis wpisuje się w filozofię życia w wersji slow. Dla ludzi opętanych pracoholizmem w wersji fast, ruch slow wydaje się być marnotrawstwem zasobów. W krótkim czasookresie prawdopodobnie tak jest. Ale w dłuższym już niekoniecznie.

Zauważyłem, że na obecnym etapie mojego życia zacząłem poświęcać czas na wiele rzeczy, które z perspektywy szybkiego progresu tak bardzo lansowanego na każdym kroku, są bardzo nie mile widziane.

Pojechałem w pięciomiesięczną podróż, piszę moją pierwszą książkę, nie wiedząc czy kiedykolwiek ją wydam, czytam po raz kolejny te same książki, przeglądam stare gazety, szukam wiatru w polu i cieszę się życiem. I czasem naprawdę już nie wiem czy bardziej jestem pracoholikiem czy reprezentantem ruchu slow, bo próbuję na co dzień łączyć te dwie filozofie. I być przy okazji tego wszystkiego szczęśliwy.

A Wy? Co sądzicie na ten temat?

comments powered by Disqus