Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

Uciekliśmy z Kaszubem przed policją

Uciekliśmy z Kaszubem przed policją

Grzechem byłoby nie zahaczyć o nadbałtyckie wybrzeże pod koniec mojej wielkiej podróżniczej pętli. Z Kaliningradu kierowałem się więc w stronę Trójmiasta, które miałem wizytować po raz pierwszy w życiu. Wiem, to był srogi skandal, do którego wierzcie lub nie - nie wiem jak doszło. Na całe szczęście udało się ten skandal przegnać do przeszłości. I obrócić w niepamięć ;]

Pierwszy kontakt z Trójmiastem był intensywny! Spędziłem dwie noce w Gdyni, a kolejną w Gdańsku. Miejsca te przypadły mi bardzo do gustu - spacerować mogłem nadbrzeżem w znakomitej wrześniowej, bardzo słonecznej pogodzie i cieszyć się końcówką moich tegorocznych wojaży.

Pamiętam, że po wkroczeniu do Polski włączyło mi się rozmównicze ADHD. Na stacji benzynowej pod Elblągiem nie mogłem nacieszyć się z faktu, że z kierowcami mogę rozmawiać w ojczystym języku. Chwaliłem się swym osiągnięciem, jeszcze niepełnym, ale już takim prawie prawie, bo do kraju udało mi się już wrócić. Wyjechałem na Zachód, a wróciłem Wschodem ;]

„Gdzie bursztynowy świeżop”

Z granicy, tuż po przemytniczej akcji i rozdzieleniu się z Olgą, zabrałem się pod Elbląg ze starszym Kaszubem, który mówił do mnie w sposób mało zrozumiały. Powodem tego było z pewnością mieszanie przez niego literackiej polszczyzny z kaszubszczyzną. Jednak źródło siedziało również w niepełnym uzębieniu i dość nerwowym stylu gadulstwa.

Starałem się jednak rozumieć mojego kierowcę, na tyle na ile potrafiłem, i rozmawiając, podziwiałem widok polskich dróg, drzew, krzewów i pól malowanych zbożem rozmaitem, pozłacanych pszenicą, a nawet posrebrzanych żytem.

-To była policja? – padło nagle pytanie.

-Chyba tak!

-Nie no, jak starej w domu powiem, że spieprzyliśmy przed policją, to spadnie z krzesła – dało się słyszeć prędko wypowiadana słowa, zmieszane ze śmiechem.

Trzeba przyznać, że wjazd do ojczyzny miałem dobry - najpierw uczestniczyłem w przemycie fajek i wódki, by godzinę później uciec przed policyjnym patrolem.

Człowiek zasad w Trójmieście

Do Trójmiasta dojechałem na raty - podwieziony zostałem dwiema ciężarówkami. Był to oczywiście cud, bo gdy łapałem przy drodze ostatnią, zaczynało się już ściemniać. A kierowca akurat spieszył się na prom z Gdyni do Szwecji. Połakomił się jednak na piękną karteczkę z napisem „Gdynia".

Z Gdyni do Gdańska mogłem wziąć szybką kolej miejską, ale ja przecież byłem człowiekiem zasad, ideologicznie wolałem złapać stopa. Podwiózł mnie kierowca - autostopowicz, któremu „szkoda mi się zrobiło”, jak zobaczył w jakim miejscu prosiłem o podwózkę. Brak było tam jednak lepszego, z czym się zgodził ;]

Zdecydowany byłem następnie zrobić w jeden dzień trasę Gdańsk-Wrocław. Okazało się to jednak zbyt wygórowanym marzeniem tego dnia. Z trudnościami opuściłem Gdańsk po około 3 godzinach miotania się na jego suburbiach. Potem jeździłem powolutku, na raty, a czas niestety działał na moją niekorzyść. Ściemniało się a ja byłem w „lesie”.

Telepatia i wywieranie wpływu na ludzi

Jednak nie poddawałem się. Ale coraz bardziej dochodziło do mnie to, że Wrocław oddala się ode mnie z ogromną prędkością. Celem w umyśle stawała się Łódź, gdzie nocować mogłem u mojej kochanej Mamy. Aby ja uściskać minąć jeszcze musiałem stolicę. Z tabliczką zatytułowaną „Warszawa” stanąłem w pewnym momencie w bardzo nielegalnym miejscu.

Samochód mijał mnie tam jeden na kilka minut. Z reguły kierowca był bardzo zaskoczony, z lekka się ode mnie odsuwał, jakby próbował zagiąć czasoprzestrzeń i znikał jak w mgle. Jedno auto się jednak zatrzymało.

-Nie jadę do samej Warszawy, ale mogę cię podwieźć kilkadziesiąt kilometrów – powiedziała pani w średnim wieku, a ja czem prędzej wrzuciłem swój plecak do bagażnika, usiadłem obok niej i zapiąłem pasy.

-Często pani bierze ludzi na stopa?

-Nigdy - usłyszałem i nie mogłem ukryć zdumienia nad swoimi iście telepatycznymi zdolnościami, dzięki użyciu których obok mnie zatrzymują się ludzie, którzy na stopa normalnie się nie zatrzymują. I na dodatek tego typu rzeczy się panicznie boją, ale mimo strachu naciskają na hamulec ;]

Maluchem z alufelgami do Portugalii

Po raz kolejny okazało się, że wielka wiara czyni cuda. Nie zważając na to, że miejsce do łapania nie jest najlepsze, ani na to że słońce chowa się powoli za widnokręgiem, stałem i sygnalizowałem, ze chciałbym również jechać w tym momencie w cieplutkim aucie, zamiast stać w przy drodze o zmroku.

Ktoś się zatrzymał i zaproponował podwózkę do Warszawy. Bardzo się ucieszyłem, bo transport w okolice wielkiego miasta znaczył w tej chwili bardzo wiele. Zastanawiałem się nawet czy by nie zawitać do jakichś znajomych ze stolicy. Jednak tego dnia wolałem się kierować do Mamy, do Łodzi ;]

-Podrzucę cię do Sochaczewa, to dla mnie nie robi wielkiej różnicy, a tam będziesz mógł może złapać stopa do Łodzi. Stamtąd jedzie się prosto na Sieradz i Łódź – na propozycje kierowcy przystałem i po długiej drodze, owocnej w ciekawe rozmowy, wymianę myśli i doświadczeń, dostaliśmy się na miejsce docelowe. Najbardziej ze wszystkich rozmów zapamiętałem fakt, jak kierowca wraz ze swoją życiową partnerką wpadli w sylwestrowy wieczór na dość nietypowy pomysł.

-Byliśmy wtedy już po paru lampkach wina. No i powiedziałem do żony, że może byśmy zrobili w przyszłym roku coś bardzo szalonego. „Pojedźmy maluchem do Portugalii” – tak odpowiedziała, a ja podchwyciłem pomysł i parę miesięcy później go zrealizowaliśmy. Trzeba było jeszcze tego malucha kupić, no i wymienić mu felgi, podreperować. Nie mieliśmy zbyt wiele urlopu i podczas trasy musieliśmy nieco na laptopach popracować, ale w niecałe dwa tygodnie zrobiliśmy nasza wymarzoną drogę w dwie strony i zostały nam po tym wspaniale wspomnienia.

Opuszczona stacja z bijatyką w tle

Wspomnienia z mojej wyprawy kłębiły mi się również tego dnia w głowie. Zapisywałem ostatnie zgłoski w długim poemacie, który tego roku stworzyłem. Ale była godzina 22, a ja po ponad godzinnej walce z losem, nadal znajdowałem się w tym samym miejscu. Mało kto się na stacji zatrzymywał, a Polacy jakoś tak bali się mnie zabierać z drogi po ciemku. Ciężko jakoś było w Polsce łapać…

Do tego na stacji zaczynało się robić nieciekawie. Podjechał w pewnym momencie samochód, z którego wysiadło kilka osób. Od razu przykuło moją uwagę to, ze młodzi ludzie zachowywali się głośno i wulgarnie. Kupili coś na stacji i zaczęli się wyzywać.

Doszło nawet do rękoczynów... Poważnie zastanawiałem się czy nie wzywać policji. Jednak panowie wyjaśnili sobie sytuację i po skierowaniu swoich argumentów w żebra i inne części ciała interlokutora grzecznie rozeszli się po przyjacielsku w przeciwne strony.

Ostatnia nadzieja na stopa

Zniesmaczony i zrezygnowany rozglądałem się za miejscem, w którym mógłbym rozbić namiot. A tam wszędzie były kretowiska. Znalazłem jednak skrawek polanki, gdzie dało radę rozstawić mój dom. Pamiętam, że była wtedy 22:50 i sięgnąłem w stronę plecaka, aby wyciągnąć stelaż i zacząć go budować. Zobaczyłem jednak nadjeżdżającą ciężarówkę.

-Dobra, zapytam się tylko tego jednego kierowcy, a potem rozstawię namiot – tak sobie wtedy pomyślałem.

Podbiegłem w stronę ciężarówki. Kierowca jednak szybko wyskoczył z auta i poszedł kupić coś na stacji. Czekałem cierpliwie z cichą nadzieją na jeszcze jeden kurs tego dnia. Zobaczyłem wreszcie, że zbliża się do mnie postawny kierowca w dresie.

-Dobry wieczór, może podrzuciłby mnie Pan z plecakiem do Łodzi?

-Jasne, podrzucę – odpowiedź była tak szybka i prosta, że aż mnie zdziwiła.

Okołobałtycki happy end

Uradowany pobiegłem po plecak i umościłem się na fotelu pasażera. Mój kierowca mimo średniego pierwszego wrażenia, które na mnie zrobił, w rzeczywistości okazał się być bardzo miły. Od kilu lat pracował w Polsce jako kierowca ciężarówek, a wcześniej żył na Ukrainie. Jednak wojna zmusiła go do przeprowadzki. Dlatego też opowiadał mi o swoich rozterkach egzystencjalnych i sercowych z tym związanych.

Szczęśliwie wysiadłem w pobliżu północnej części Łodzi, gdzie czekał już na mnie samochód, którym pojechałem do mieszkania Mamy. Powitanie i rozmowy tego wieczoru trwały bodajże do trzeciej w nocy. Przedostatni punkt mojej podróży dobiegł końca.

Dwa dni później na stopa zrobiłem trasę Łódź-Wrocław i rozmawiając przy herbacie w moim mieszkaniu z kierowcą, który zawiózł mnie pod same drzwi, mogłem cieszyć się z tego, że okrążyłem Bałtyk na stopa. A pomogło mi w tym około 120 wspaniałych kierowców. Dzięki!

Gdańskie podsumowanie

comments powered by Disqus