Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

Proszę doręczyć mnie do Trondhiem

Proszę doręczyć mnie do Trondhiem

Po Norwegii autostopem jeździło mi się dość dobrze. Z pewnością o wiele lepiej niż po Szwecji… Bo jak wspomniałem w poprzednim wpisie – w kraju ze stolicą w Sztokholmie panują bardzo złowrogie mity na temat tego, do czego jest w stanie posunąć się autostopowicz. Szwedzi po prostu boją się zatrzymywać auta. Bo przecież taki gość z plecakiem może ich zarżnąć piłą łańcuchową i pozostawić przy drodze jak bezpańskiego psa, a sam przemierzać bezkresne skandynawskie drogi skradzioną bryką :}

Nieco mnie to dziwiło, bo przecież w kraju tym kultura równościowa stoi na bardzo wysokim poziomie. Naród to tolerancyjny, ale też i w niektórych sferach życia bardzo zindywidualizowany i wyobcowany. Strach i zdziwienie budzi akurat tam przydrożny podróżnik z bagażem. Bez samochodu. No bo dlaczego on nie ma auta? Toż to jakiś dziwoląg i bandyta musi być!

Gdy mijali mnie Szwedzi widziałem strach w ich oczach i grymasy zdziwienia na twarzach. Podobnie zachowują się w tym temacie Finowie, szczególnie jeśli chodzi o południowe rejony tych krajów. Na Północy jednak klimat się zmienia, jestem mniej ludzi, mniej pośpiechu, a więcej natury ludzkiej życzliwości.

Bilet do kraju fiordów i reniferów

Do Norwegii wjechałem po 10 dniach mojej podróży. Pamiętam, że z Göteborga udałem się metrem i autobusem w miejsce, z którego złapałem po godzinie polskiego kierowcę ciężarówki, mającego jechać do Norge właśnie. Pech chciał, że trafiliśmy na okres świąteczny… Kierowca spotkał na jednej ze stacji przez przypadek swoich kolegów i dowiedział się, że musi zrobić przymusową pauzę ;]

Kupiłem sobie coś do jedzenia i w otoczeniu rosyjskiej wycieczki autobusowej posiliłem się i nabrałem sił. Przez następnych kilka kwadransów przechadzałem się po stacji wzdłuż i wszerz tańcząc po krawężnikach, od czasu do czasu wybierając swoją ofiarę i prosząc o podwózkę.

Wreszcie udało się! Z praktycznie milczącym przez całą drogę starszym Norwegiem dojechałem do Oslo. Pamiętam, że dość ostrożny był odnośnie mojej osoby na samym początku. Skłamał, że nie jedzie daleko, a poza tym będzie robił na trasie jeszcze przerwę. Jak się okazało później – pruliśmy prosto do stolicy. Kierowca bardzo mi pomógł, wynajdując mi miejsce, w którym w stolicy Norwegii mogłem na legalu rozbić namiot. Było wtedy po 22, a ja byłem w stanie bez użycia latarki rozbić namiot na granicy lasu, na wzgórzu.

Wraz z moja podróżą na Północ dni stawały się dłuższe, a kierowcy coraz bardziej rozmowni i śmiali. Trzeba by to naukowo sprawdzić, ale na przykładzie mojego doświadczenia osobistego mogę rzecz, że najtrudniej stopa w Norwegii było mi łapać na odcinku Oslo–Trondheim, choć i tak o niebo Łatwiej niż w Szwecji czy Finlandii. Na trasie Trondheim-Tromso ludzie byli baaaardzo pomocni. A odcinek Tromso-Kierkenes, czyli północny i odludny czubek Norwegii to już była poezja. I gdyby nie fakt, że niekiedy na przejeżdżające auto czekać trzeba było nawet 10 minut, to byłby to jeszcze większy raj autostopowy.

Kurier na drodze Lillehammer-Trondheim

Kiedy zaczynałem schodzić z obszaru Parku Narodowego Rondane nie sądziłem, że przez 15 kilometrów górskiej drogi miną mnie tylko trzy samochody. I żaden z nich się nie zatrzyma. Wyszło tak, a nie inaczej. Nie trzeba było się na to obrażać, a nawet nie trzeba było zaciskać zębów, tylko iść, iść i iść… Po ponad trzygodzinnej ciężkiej wędrówce stanąłem na poboczu drogi głównej i nieco zrezygnowany. Patrzyłem na pochmurne niebo, czułem na sobie przemoczoną od potu bluzę i delektowałem się nieprzerwanie padającym deszczem. Jego krople mnie uspokajały.

Czkałem cierpliwie, godzina robiła się coraz późniejsza, a ja wiedziałem, że moje szanse na to, że znajdę się dzisiaj w Trondheim, gdzie czeka na mnie mój host, stale maleją… Nagle zatrzymała się furgonetka, podbiegłem z plecakiem kilkanaście metrów do przodu i okazało się, że mój wybawca ma kurs do samego celu mojej podróży. Trondheim było mi pisane tego dnia!

250 kilometrów trudnej górskiej drogi to wcale nie łatwy odcinek do pokonania. Miałem farta, że szybko udało mi się złapać centralę. W innym przypadku mógłbym skończyć tego dnia swoje wojaże gdzieś w namiocie w jakiejś ciemnej i zimnej dolinie, których tam nie brakowało.

Podróż z Kaczorem Donaldem i krzesłami

Kierowca nie był rdzennym Norwegiem, a Rosjaninem. Do kraju przybył wraz z rodziną 15 lat temu z Murmańska, czyli dużego miasta rosyjskiego na granicy norwesko-rosyjskiej. A ja właśnie chciałem tam jechać. Spotkanie tego gościa było bardzo ciekawe, bo nie dość, że pochodził z miasta, które parę dni wcześniej zaplanowałem odwiedzić, to jeszcze prowadził videobloga na YouTubie. No i był kurierem freelancerem… Słyszeliście o czymś takim?

-Chyba jestem jedyną osobą w Norwegii prowadzącą taką działalność – stwierdził gdy zapytałem go o konkurencję.

Rzeczywiście – znajdować zlecenia na norweskim Gummtree czy Tablicy i jeździć z paczkami na trudnej górskiej trasie Lillehammer-Trondheim, to zadanie, któremu podołać mogą tylko nieliczni.

-Z reguły jestem w trasie ponad 30 godzin. Nie potrzebuję wiele snu, jestem wytrzymały. Niedawno sprzedałem swoje mieszkanie i nie mam domu. Mieszkam w tej furgonetce – opowiadał dalej, a ja otwierałem oczy i umysł ze zdumienia jak wiele barier jesteśmy w stanie przełamać. Sky is the limit…

Zmiany napędzają nas do działania

Pan Kurier przyznał, że jest zaskoczony tym jak dobrze funkcjonuje bycie kurierem freelancerem. Wpadł na ten pomysł, kiedy został zwolniony z pracy i ogólnie jego życie się załamało. Jak widać, dramatyczne sytuacje często są siłą napędową wielkich zmian, przynoszących korzyści. To nie pierwszy tego typu przypadek, który znam z pierwszej ręki. Trzeba tylko nie tracić za bardzo głowy i myśleć perspektywicznie. Po prostu robić swoje.

Jak bardzo śmieszne i dziwne wydawać się będą innym nasze pomysły – to już sprawa tych osób. Bo ważne są przede wszystkim owoce, i droga prowadząca do zbiorów.

A przyznam się, że widok niektórych rzeczy przewożonych przez mojego kierowcę budził podziw. Rosjanin stwierdził, że widział już tak dziwne rzeczy, że nawet nie stara się już zastanawiać po co komu te wszystkie szpargały. Po prostu je dostarcza i nie myśli zbyt wiele, bo tak jest zdrowiej dla głowy.

Obok mojego plecaka jechał Kaczor Donald, krzesła, zabytkowe meble i inne dziwadła, które ciężko sklasyfikować. Ciężko zrozumieć i sklasyfikować mi również zdarzenie, które miało miejsce półtora miesiąca później, kiedy po malowaniu znalezieniu i wykonaniu dużej roboty – malowania domu w okolicach Trondheim – kierowałem się dalej na Północ.

Z Polski? Ja właśnie wracam z Polski

Dla takich sytuacji się chyba po prostu żyje. To jest po prostu niesamowite jakiego figla spłatać nam może życie, kiedy jesteśmy wiele kilometrów od domu. Gdzieś w środku Norwegii, w okolicy miejscowości Grong czekałem pod wieczór aż zatrzyma się tego dnia czwarte lub piąte auto. Nagle usłyszałem klakson. Podbiegłem, pogadałem, wsiadłem, ale dalsza rozmowa odebrała mi mowę.

-Skąd jesteś? – z Polski

-Z polski? Ja właśnie wracam z Polski. Skąd dokładnie jesteś?

-Z Wrocławia – kierowca popatrzył na mnie z podziwem i zaczęliśmy się śmiać na całe auto.

Podwoził mnie norweski lekarz mieszkający na Północy Norwegii, który wybrał się w odwiedziny do swojej córki, która właśnie we Wrocławiu studiuje weterynarię!

Z Anrntem historia była dłuższa, bo nie dość, że jechaliśmy wiele godzin, zwiedzając razem Lofoty, najpiękniejsze miejsce w Norwegii, to kilka tygodni później odwiedziłem go na dalekiej Północy. Ach, co to była za wyprawa ;]

Filmy na YouTube powiązane z wpisem:

Wreszczie w Oslo

Poranek w Oslo

Droga do Otta 1

Droga do Otta 2

Człowiek pierwotny idzie po wodę

comments powered by Disqus