Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

Na stopa przez Demoludy

Na stopa przez Demoludy

Sankt-Petersburg opuściłem na samym początku września. Tego dnia uczniowie zaczynali szkołę, a ja żegnałem się z Mariną i Yurim. I wedle wskazówek z internetu przedostawałem się w miejsce, z którego na obrzeżach miasta podobno dało radę łatwo złapać stopa.

Szedłem jakimś osiedlem, które wyglądało jak blokowisko z lat 90. w Polsce. Obraz ten uderzył mnie bardzo mocno. Widoki te różniły się diametralnie od kardów zarejestrowanych w centrum miasta, zbudowanego w iście europejskim stylu i w „przepyszny” sposób oświetlonego nocą.

Ludzi było tam więcej niż mrówków. Powoli zaczynałem wątpić, że mieszka tam "tylko" 5 milionów ludzi. Rozmnażają się na osiedlach z wielkiej płyty chyba przez pączkowanie… Niekiedy widziałem balony i flagi przedwyborcze Jednej Rosji, które rozdawane były chyba przed każdym hipermarketem. Wybory zbliżały się wielkimi krokami.

To musi być jakiś żart

Gdy dotarłem na miejsce wskazane przez autostopowych specjalistów – nie wierzyłem własnym oczom.

-Niby jak ja mam tu złapać stopa? – powiedziałem sobie w myślach i po 5 minutach oceny sytuacji wziąłem autobus, który wywiózł mnie poza granice miasta. Musiałem zmienić spot, bo każdej minuty na przystanku zatrzymywało się kilka autobusów, a samochody jechały ponad 100 km/h.

Poza miastem wcale tak wspaniale nie było. Z Petersburga kierowcy uciekali tak szybko, jakby panowała tam jakaś zaraza. Udawało mi się łapać tylko krótkie podwózki. Jednym z bardziej pamiętnych kierowców tego dnia był Rosjanin, który był tak namagnesowany, że przyciągał do swojej klaty żelazka ;]

Na dowód pokazał mi zdjęcie. Gdy spytałem go o to, w jaki sposób się to dzieje, to zaczął mówić mi coś o astralu i medytacji.

-Ja też medytuję – powiedziałem.

-A, no to powinieneś wiedzieć o co chodzi – usłyszałem odpowiedź.

Chyba nie jestem na takim levelu jak ten pan :P Ciekawe, będę musiałem poćwiczyć medytację w pobliżu deski do prasowania. Może dzięki temu zyskam jakieś żelazkowe siddhi, nadnaturalne moce?

Energia tego pana rozpierała go, był bardzo gadatliwy… A ja szkoliłem swój rosyjski… W nietypowych okolicznościach!

Muzyk, piłkarz i psycholożka sportu

W Estonii miałem przyjemność być podwożonym przez muzyka będącego w moim wieku, bardzo utalentowanego gitarzystę, który poczęstował mnie swoją solową płytą. Do tej pory słucham jej w domu i nie mogę wyjść z podziwu nad jego kunsztem. Paul mówił, że przez ostatnie 3 lata praktycznie cały czas jest z trasie. W samej Polsce dali z zespołem chyba 8 koncertów ;]

Muzyk podwoził mnie do miejsca, skąd miał zabrać ze sobą trzy gitary, aby następnie pojechać na lotnisko i udać się samolotem do Ameryki Południowej na swój koncert.

Mieszankę osób miałem niezłą – podwozili mnie polscy turyści, a także estoński piłkarz i psycholożka sportu. Nowoczesność i kultura wysoka przeplatały się ze swojskością rodem z ZSRR. Jednej godziny mogłem poczuć się jak na Księżycu, aby w następnej przenieść się w czasie i być świadkiem tego, jak żyją odległe pierwotne kultury. Każdy samochód oferował inne słowa, języki, smaki i zapachy.

Suszone ryby i palące słońce

Stałem przy głównej drodze prowadzącej do Rygi. Stan traktów na Łotwie pozostawiał wiele do życzenia, o czym wspominali często i gęsto kierowcy. Pamiętam, że łapałem stopa w palącym słońcu, a obok mnie postępowały prace budowlane. Wreszcie zatrzymał się samochód, a siedzieli w nim ojciec i syn.

Z juniorem rozmawiałem po angielsku. Szybko jednak okazało się, że system edukacji na Łotwie pod względem nauki języka angielskiego nie działa fenomenalnie.

-Tyle lat się uczysz tego angielskiego i nic nie umiesz – śmiał się Łotysz senior, któremu brakowało kilku zębów, ale po rosyjsku mówił lepiej ode mnie. Komunikacja w aucie toczyła się więc w dwóch językach. A lądując W Rydze otrzymałem słoik ogórków kiszonych.

Inni Łotysze zaskoczyli mnie tym, z jaka werwą zajadali się suszonymi rybami. Kobieta siedząca obok mnie na tylnym siedzeniu karmiła tym przysmakiem kierowcę – prawdopodobnie swego męża – jakby był niemowlakiem i o tego jak sprawnie go nakarmi zależała jego jazda. A rozmawialiśmy oczywiście pa ruski ;]

Łotweskie mistrzostwa autostopowe

Trasa z Rygi do Klaipedy niesamowicie mnie zmęczyła i osobiście uważam, że powinienem dostać medal za jej pokonanie. Tamten dzień był jednym z ważniejszych osiągnięć autostopowych. Mimo, że do pokonania miałem tylko 300 kilometrów – zajęło mi to cały dzień. A nadmienić trzeba, że miałem tego dnia 8 kierowców…

Zaczęło się dobrze, bo podwiozła mnie starsza podróżniczka, która zafascynowana moją historią o zbiegu okoliczności i spotkaniu w środku Norwegii osoby jadącej prosto z Wrocławia, opowiedziała, że w Indiach spotkała Hinudusa, który kiedyś mieszkał na Łotwie w jej mieście. Świat jest mały…

Szkoda tylko, ze w ferworze opowieści dziwnej treści wysadziła mnie ta miła pani w złym miejscu. Nie chciało mi się jednak tracić energii i czasu na powrót na właściwe tory. Zdecydowałem się tarabanić dłuższą i mniej oczywista drogą.

Ale i tak nadal było ciekawie. Raz nawet podwoził mnie Uzbekistaniec, mini-busem, którym na co dzień woził dzieci do szkoły.

Ciemno wszędzie. Co to będzie?

Przetrwałem wszystko, zwiedziłem nawet na szybko - przejeżdżając z góry na dół letniskową miejscowość – Liepaja, i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że wieczory w Demoludach były o wiele krótsze niż na Północy, kiedy to o 23 w sierpniu było widno i teoretycznie stopa mogłem łapać. Tutaj o 19 panowała totalna ciemność.

To stanowiło pewien problem, kiedy to 25 kilometrów od celu kroczyłem w totalnych ciemnościach poboczem autostrady. Kierowcy jakoś się nie zatrzymywali. Ciekawe dlaczego? Może dlatego, że mnie nie widzieli?

-Nie jestem mordercą, zatrzymajcie się – powtarzałem sobie w myślach.

Byłem w pewnej chwili zrozpaczony, bo wydawało mi się, że idę tym poboczem przez całą wieczność, a światła, które dałoby mi widoczność nie było. Brak również było jakiegoś sensownego, bezpiecznego miejsca na rozbicie namiotu.

Kucharz mnie wypatrzył

Jak to zwykle w moich historiach bywa – niedługo potem zdarzył się cud. Oświetlony latarnią stałem na przystanku z tabliczką Klaipeda. Testowałem nawet różne kąty jej nachylenia – aby światło odbijało się jak najlepiej, pokazując kierowcom, że proszę o podwózkę akurat w to miejsce. No i skusił się na tę scenę kucharz! I szczęśliwie dojechałem do celu późnym wieczorem ;]

Przed wjazdem do Polski spotkała mnie jeszcze jedna ciekawa sytuacja. Wjechałem do Kaliningradu z Litwinem, który posiadał rosyjski paszport. Granicę litewsko-rosyjską przekraczaliśmy jadąc we wspaniałych okolicznościach przyrody, w parku będącym światowym dziedzictwem UNESCO.

I tak jak krew zmroziła mi się w żyłach podczas zgubienia portfela w Danii, stało się podobnie, gdy pod domem Olgi uświadomiłem sobie, że jedna z moich komórek została w samochodzie.

Na całe szczęście zdarzyło się mi takie coś po raz pierwszy i to w sytuacji, kiedy dla kierowcy Kaliningrad również był punktem docelowym. Zadzwoniłem i niedługo potem komórkę miałem z powrotem. Ale chwila nerwówki była! Najśmieszniejsze, było to, że wysiadając z auta, sprawdziłem na szybko obie kieszenie, pacnąłem dłońmi i wydawało mi się, ze dwie komórki są, W jednej kieszeni miałem jakieś śmieci, które komórkę dla śmiechu spróbowały poudawać ;] Ach! Life's a joke!

Filmy na YouTube powiązane z wpisem:

Gram w piłkę w Estonii

Uliczny grajek w Tartu

Szarik w Estonii

Zachód słońca w Rydze 1

Zachód słońca w Rydze 2

Wydmy w Nidzie

comments powered by Disqus