Pomarańczowy Kruk

blog bardzo osobisty


Facebook YouTube RSS
Wracamy na start

Alles gut?

Alles gut?

Wyobraźcie sobie wielkie ognisko na przydomowym ogródku, które macie okazję obserwować w totalnie obcym mieście o godzinie 22. Macie wtedy do wyboru – albo zignorować tę sytuację i z klapkami na oczach udać, że niczego nie widzieliście… By szybko zająć się swoimi sprawami, by czem prędzej oddalić się od tego piekielnego miejsca. Możecie też podjąć jakieś działanie, upewnić się czy wszystko jest tam na tej posesji w porządku…

-Alles gut? – wypowiedziane przeze mnie słowa wybrzmiały wtedy bardzo głośno. Od kilku godzin znajdowałem się w Bernie, stolicy Szwajcarii i mimo tego, że ostatnie trzy tygodnie spędziłem we francuskojęzycznych kantonach, wiedziałem, że tu szprecha się po niemiecku. Wiedziałem, że coś w mojej mózgownicy musiało pozostać z lekcji tego języka w podstawówce. Przecież miałem wtedy z Niemca szóstkę.

W chwili, gdy te obco dla mnie brzmiące dwa słowa unosiły się w ogrzewanym przez ogień powietrzu, zauważyłem kilka postaci wpatrujących się we mnie milczeniu. Robili to jedną sekundę, robili to w bezruchu i drugą. A w dłoniach niektórych z nich znajdowały się puszki z piwem.

-If it’s ok – it’s ok. I go – zdezorientowany, zmieniłem język na bardziej mi bliższy przez ostatni czas i uśmiechając się z poczuciem lekkiej konfuzji oddaliłem się od tego przedziwnego miejsca.

Najazd na skuterze

Nie minęło 5 minut, a na przystanku autobusowym, który właśnie mijałem, zmierzając w stronę zjazdu na autostradę w kierunku Zurychu, zajechał mi drogę mężczyzna na skuterze. Wieczór był bardzo ciepły, więc nie aż tak zdziwiło mnie, że nie miał on na sobie koszulki, a tylko krótkie spodenki. Miał około 40 lat i komunikować się zaczął ze mną po angielsku.

-Cześć, widzę że podróżujesz. Jeśli nie masz żadnych planów na wieczór, to możesz wstąpić do nas na piwko, a nawet przenocować – słuchałem z zaciekawieniem i wielkim zdziwieniem tego, co ten człowiek do mnie mówił, ale nie mogłem zrozumieć co właściwie się w tej chwili wydarza. – Mieszkamy tu niedaleko, jestem z tego domu z ogniskiem, ten ogień rozpaliliśmy dla mojego syna, aby miał frajdę – kolejny komunikat uzmysłowił mi już nieco więcej niż pierwsze słowa.

Przyznam się, że byłem tego dnia dość zmęczony i zestresowany tym, że znalazłem się w Bernie o godzinie 22, a planowałem być już wtedy poza Szwajcarią. Do tego na parę dni przed wyjazdem przy Dworcu we Wrocławiu ktoś wyłudził ode mnie 60 zł, a pieniądze pożyczyłem temu gościowi po 15 minutach rozmowy i dokładnym sprawdzaniu czy on mnie przypadkiem nie oszukuje. Prawdopodobnie to zrobił, albo zgubił mój nr telefonu zapisany w notesie.

Ale tak czy siak ten fakt nadwątlił moje zaufanie do nieznajomych. Więc w Bernie późna pora i zmęczenie kazały mi rozwijać w umyśle wizję, tego, że istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, iż mężczyzna na skuterze wcale nie jest taki dobry i będzie chciał mnie zaraz poćwiartować, a moje zwłoki rozpuścić w wannie wypełnionej kwasem. Przez sekundę tego się w sumie bałem.

Iść tam czy nie iść?

-No nie wiem – rzekłem dość szybko. Możliwe też, że westchnąłem sobie raz czy dwa i wywracając oczami na lewo i prawo, zerkałem również od czasu do czasu dogłębnie na mojego rozmówcę.

-Co to za dom? – zadałem bardzo rzeczowe pytanie, bo sprawa tego wymagała i chciałem uzyskać możliwe jak najwięcej konkretnych informacji w najkrótszym czasie, bez zbędnych ceregieli.

-A wiesz, mieszkamy sobie tu ze znajomymi na squacie – oczy mi się rozjaśniły, a sekundę później zauważyłem, że Bio, bo tak miął na imię ten Szwajcar, ma na ciele wytatuowanego punka. Złożyło się to mi w jedną całości i pomyślałem sobie - „a niech się dzieje, co ma się dziać, idę tam”.

-Jesteś dobrym człowiekiem? – zadałem pytanie wsiadając na skuter. Bio uśmiechnął się i przytaknął, parę godzin później śmiał się z tego mojego pytania i stwierdził, ze w sumie to nie jest aż tak dobrym człowiekiem, ale na potrzeby tamtej sytuacji odpowiedział, że jest.

Siedziałem sobie wygodniena tylnim siedzeniu skutera, z plecakiem założonym na ramionach. Jechaliśmy powoli, mimo że ulice wtedy były zupełnie puste. Wokół panowała grobowa cisza. Aby ją przerwać zacząłem opowiadać naprędce o tym, jak to raz na północy Norwegii złapałem na stopa motocykla. Bio słuchał i uśmiechając się ściął rondo, jadąc po prąd. Nasza przejażdżka trwała pewnie nieco ponad minutę.

W krainie relaksu i swobody

Gdy podróż się skończyła, zsiadłem energicznie z pojazdu i zacząłem przyglądać się temu zaczarowanemu miejscu. Widok squatu, którego elewacja zdecydowanie nadawała się do remontu budził we mnie ambiwalentne uczucia. Odpadający od ściany tynk, kolorowe malunki i plakaty nadawały historii zasłyszanej od Bio spójność, ale jednocześnie taki widok widziany wieczorem nie napawał mnie morzem spokoju i równowagi.

Gdy jednak wszedłem z plecakiem do ogrodu i przywitałem się z siedzącymi tam ludźmi, poczułem się po krótkiej chwili jak w domu. Było miło, było przyjemnie i było bez spiny. Przy stole w ogrodzie siedziało oprócz mnie i Bio – dwóch młodych mężczyzn, jeden kilkuletni chłopczyk, przypominający z wyglądu i zachowania Mowgliego z Księgi Dżungli, a także dwie młode urodziwe dziewczyny.

Mimo, że na wstępie czułem lekkie zmęczenie, to w miarę rozmów na tematy wszelakie zacząłem zyskiwać energii. A nasza impreza wspomagana była szwajcarskim piwem i papierosami z niestandardową zawartością ;] Towarzystwo na squatach z reguły nastawione jest do życia w sposób luźny, tolerancyjny i anarchistyczny. Tak było i w tym przypadku. Czułem się nieco jakbym był na koncercie punk-rockowym.

Niemiecki to ili niederlandzki?

Kilka spraw podczas naszej dyskusji i imprezy, która toczyła się do 4 nad ranem zwróciło moją szczególną uwagę. Rozmawialiśmy w języku angielskim, ale niekiedy moi towarzysze zaczynali na boku poboczne rozmowy w „Swiss German”. Niemiecki nieco znam… Być może nie mówię perfekcyjne. Wróć! Właściwie to mówię po niemiecku bardzo słabo, ale jeśli wyjątkowo się skupię, to potrafię zrozumieć jakieś 50% ze standardowej konwersacji dwóch Niemców, którzy nie maja problemów z jąkaniem się czy seplenieniem.

Ale w przypadku szwajcarskiej wersji języka niemieckiego mój poziom zrozumienia ludzkich rozgaworów oceniam na 10 lub 15%. Język ów brzmi dla mnie bardziej jak niderlandzki niż niemiecki. Wielkie zdziwienie załapałem, gdy przyszło mi się wtedy w Bernie przysłuchiwać tym, tylko z pozoru niemieckim, rozmowom. A okazuje się, że często Szwajcarzy z Niemcami nie dają rady się nawzajem zrozumieć. To pocieszające…

Szokiem było dla mnie również jak odmienne zdanie ta grupa Szwajcarów miała na temat polityki w ich kraju.

-Nasza polityka jest do dupy – mówili.

A ja zachodziłem w głowę jak połączyć mam to z informacjami, które docierały do moich uszu nad Jeziorem Genewskim od wielu młodych ludzi, głownie studentów. Oni z kolei nie mogli powstrzymać się nad wylewaniem morza pochwał na temat demokracji bezpośredniej i systemu politycznego w Szwajcarii. Mi kraj pod wieloma względami imponuje w polityczno-praktycznym zakresie, ale to właściwie już temat na innego posta.

Prawdopodobnie prawda leży po środku, niektóre rozwiązania zastosowane w Szwajcarii powinno się skopiować do innych krajów, chociażby praktyczną ideę mandatów dla kierowców za poważne wykroczenia zależne od poziomu dochodów. Są pewnie też przepisy bezsensowne, bez ładu i składu, choć podobno przedstawiciele władzy ustawodawczej podobno bardzo sumiennie się tam zastanawiają jeśli już mają jakiejś nowe prawo wprowadzić…

Policjo, podejdź no do płota

Około godziny trzeciej nad ranem do moich uszu doszedł jakiś zewnętrzny szwargot. Za płotem stali policjanci, zmartwieni tym, że kilka razy tędy ostatnio przejeżdżali i cały czas widzieli to nasze wielkie ognisko. Bali się, że nikt nad nim nie panuje. Jeden ze squatersów elegancko, bardzo spokojnie i rzeczowo im wytłumaczył, że nad wszystkim tutaj panujemy i nie ma powodów do obaw.

Policjanci więc grzecznie odeszli w swoją stronę. Robiąc w tył zwrot od płotu Hexen Hauschen, czyli Domu Czarownic, jak nazywają go jego mieszkańcy i znający miasto Szwajcarzy. Pewnie znali to miejsce i przewidzieli w swoim modelu biznesowym dla niego taryfę ulgową.

-Często tu do was przychodzą? – zapytałem.

-Dość często – odpowiedział Bio.

-I stoją tak sobie pod płotem? A co z roślinami, które tu rosną? To legalne?

-Nie do końca legalne, czasem Policja coś mówi na ten temat, czasem te krzaki wycina, ale generalnie się nam nie naprzykrzają.

Haha! Pozostaje mi tylko pozazdrościć mieszkańcom Domu Czarownic i Berna takiej Policji ;)

Do pokoju wszedłem przez okno

Gdy impreza zaczęła już nieco przygasać, ja wreszcie powoli zacząłem interesować się moim miejscem noclegowym. Rychło w czas! Okazało się, że jedynym wejściem do mojego pokoju było okno. Dodatkową atrakcją tego pomieszczenia był fakt, że nie było w nim możliwości zapalenia światła. Świecąc komórką zbadałem dokładnie przestrzeń i w dość spartańskich warunkach napełniłem powietrzem materac dmuchany i przygotowałem się do snu.

Z sąsiedniego pokoju dochodziły lekko słyszalne jęki rozkoszy pary kochanków, którzy najwidoczniej jeszcze spać nie szli. Ja natomiast zasnąłem dość szybko, aby obudziłem się po 5 godzinach snu, na długo przed budzikiem. Byłem pod wrażeniem tego, że mój umysł jest tego poranka w doskonałej formie, zrobiłem więc godzinną medytację, a potem zacząłem nowy dzień, pełen przygód :)

Przy dziennym świetle okazało się, że pokój jest w dość opłakanym stanie. Bo poprzedniego dnia zerwano z podłogi dywan. Z tego powodu na podłodze pełno było suchego klejo-proszku.

-Ty tu spałeś? – zapytała mnie następnego dnia jedna czarnoskóra dziewczyna.

-Tak.

-Niemożliwe, przecież ten pokój jest zatruty – powiedziała z przerażeniem w oczach.

-Nie sądzę, jakoś przeżyłem – odpowiedziałem nieco zdziwiony tą rozmową.

Wyjazd z Domu Czarownic

Powiedziałem o tym potem Bio, który od razu zaczął się śmiać i skwitował to jednym zdaniem.

-Słuchaj, ona jest dziewczyną… Przesadza, nic złego tutaj nikomu nie może się stać.

Też miałem takie wrażenie. Przed południem porozmawiałem nieco z ludźmi, zjadłem coś, umyłem się, spakowałem i po jakimś czasie zakomunikowałem Bio, że jestem gotowy do drogi. Pojechaliśmy samochodem na stację benzynową przy autostradzie, gdzie po pamiątkowym zdjęciu i uścisku dłoni, pożegnałem się z moim nowym kolegą z Berna.

Wjeżdżając na stacje benzynową zauważyłem dwie młode dziewczyny wysiadające z samochodu. Gdy podszedłem w ich stronę usłyszałem jak jedna z nich po angielsku bardzo dziękuje kierowcy za podwiezienie.

Rzuciłem w ich stronę przyjazne „hello”, a za parę minut podszedłem do nich na dłuższą rozmowę. Okazało się, że są z Polski i jadą autostopem na Woodstock. Zupełnie tak jak ja 

Przez kilkanaście sekund zgrywałem się i rozmawiając po angielsku mówiłem, ze znam parę słów po polsku. Wreszcie powiedziałem, że właściwie to jestem z Polski. Śmiechu wtedy było co niemiara. Ach, zaczął się kolejny dzień przygód. Znowu wszystko poszło inaczej iż zaplanowałem, ale wszystko i tak wyszło bardzo dobrze, a może nawet i lepiej ;p

comments powered by Disqus